To jest temat delikatny. Trudny. Taki, do którego podchodzimy z ogromną rezerwą, czasem z nieśmiałością, a czasem ze zwykłym strachem.
Bo życie bywa różne. Rozwodzimy się, rozstajemy, coś się kończy – czasem definitywnie, czasem jeszcze „w trakcie”. I nagle, po jakimś czasie, pojawia się nowa relacja, nowa miłość, nowy dom, nowa nadzieja.
Przestajemy być mężem i żoną, ale rodzicami jesteśmy całe życie.
I tu zaczyna się prawdziwe wyzwanie. Bo trzeba poukładać nie tylko relację z nowym partnerem czy partnerką. Trzeba też z ogromną uważnością spojrzeć na dzieci. Moje, twoje, nasze, małe, duże, wrażliwe, pogubione. Czasem odważniejsze niż my.
Ostatnio koleżanka napisała mi: „Jadę na Maderę z córkami”.
Pytam: „Ale przecież masz jedną córkę?”.
„Nie, teraz mam dwie. Jest jeszcze Basia – córka Tomka”.
I pomyślałam sobie, jakie to piękne.
Najlepiej jest wtedy, kiedy ludzie, którzy zdecydowali się na zmianę swojego życia, na wybranie siebie, chcą też zadbać o relacje między dziećmi. Nie udają, nie zamiatają pod dywan, nie tworzą równoległych światów. Chcą, żeby było przynajmniej poprawnie. A jeśli jest fajnie – to już w ogóle cud.
Znam relację, w której on ma troje dzieci, ona ma troje dzieci i żyją razem z szóstką. I naprawdę można.
Często ten problem wyolbrzymiamy sami. Hodujemy w głowie potwora: „Co to będzie?”, „Jak to się uda?”, „Jak dzieci zareagują?”. A potem okazuje się, że te demony wcale nie były prawdziwe.
Ja dziś mówię wprost mężczyznom, z którymi próbuję budować coś nowego: nie chcę się chować, nie chcę wymyślać, nie chcę kombinować, przyjdź do mnie do domu i poznaj moje dzieci.
I to jest najlepsze rozwiązanie. Bo dzieci – bardzo często – są rozsądniejsze niż dorośli. Moje akceptują moje wybory. Widzą, że jestem szczęśliwa. I to im wystarcza.
Oczywiście, bywa też trudno. Bywa totalna masakra.
Często dlatego, że relacje z naszymi własnymi dziećmi są nieuporządkowane. Że coś zostało zaniedbane, drugi rodzic nastawił dzieci przeciwko nam, że nigdy nie było prawdziwej bliskości.
Jeśli na własnym podwórku jest chaos, trudno oczekiwać, że w nowej relacji nagle wszystko będzie harmonijne.
Moje dzieci kiedyś zapytały:
„Mamo, kiedy w końcu poznamy tego faceta, z którym się spotykasz?”.
A on nie chciał. Nie chciał się pokazać, rozdzielał światy. I to nie było w porządku.
Bo jeśli ktoś chce budować z tobą przyszłość, ale nie chce znać twoich dzieci – to jest poważny sygnał ostrzegawczy.
Wszystko zależy od nastawienia. Od odwagi, od gotowości, żeby powiedzieć: „Tak, to jest trudne. Tak, boję się. Ale chcę to poukładać”.
Jeśli jesteś w takiej relacji.
Jeśli ją planujesz.
Jeśli dopiero zaczynasz.
Zastanów się:
Co możesz zrobić, żeby było choć trochę lepiej?
Co możesz naprawić?
Jak możesz zadbać o relacje, zanim problem urośnie do rozmiaru ściany nie do przejścia?
Nie wyjdziemy spod koca, jeśli nie przyznamy, że to temat trudny.
A on jest trudny.
Ale też bardzo do zrobienia.
Znam wiele historii, wiele map marzeń, w których ten temat wraca jak bumerang. Bo dzieci partnera, dzieci partnerki – to nie jest „dodatek do związku”. To jest jego część.
A Ty?
Masz taki temat w swoim życiu?