Czy masz odwagę być nowym drzewem w swoim rodzie?
Symbolicznie zasadziłam nowe drzewo rodowe. Wzięłam na siebie bardzo trudną rolę jego pielęgnowania i dbania o to, żeby się przyjęło i zdrowo rosło. Jak zwykle – pionierka i „niezgodna” – zbuntowałam się przeciw klanowi. Kiedy o tym opowiadam, wiele osób reaguje podobnie: utożsamiają się z tym doświadczeniem i pytają z niedowierzaniem: „To tak można?”.
Tak.
Można.
To wasze życie, wasze drzewo i wasza rodzina.
Przez wiele lat przyglądałam się systemom rodzinnym, również przez pryzmat pracy Berta Hellingera i jego ustawień rodzinnych. Jego koncepcja porządkowania splątanych więzów rodzinnych bywa postrzegana jako coś na pograniczu szamańskiego rytuału, szczególnie dla osób sceptycznych. A ja jestem sceptyczna i realistyczna z natury. I mimo to, za każdym razem, gdy uczestniczę w ustawieniach, zdumiewa mnie siła tego, co Hellinger nazywał „wiedzącym polem”.
Zgodnie z jego teorią nie możemy się wypisać z rodziny. Za nami są pokolenia, korzenie, historia, z której wyrośliśmy. I to wszystko jest prawdziwe. Cudowne i trudne jednocześnie. Tylko że w pewnym momencie mojego życia ja powiedziałam sobie jasno: nie chcę już być w tym klanie w dotychczasowej formie. Nie chcę powielać schematów, które mnie niszczyły, ograniczały, hamowały i odbierały mi oddech.
Postanowiłam zasadzić nowe drzewo.
Jak nową siewkę.
Na innych zasadach.
Nowy ród, nowe wartości, inne relacje, inny sposób myślenia i funkcjonowania. Jednocześnie z szacunkiem do tego, co dostałam z domu i z uznaniem siły więzów rodzinnych. Nie odcięłam się od korzeni w całości, ale zaczęłam świadomie wybierać, z czego chcę czerpać. I tutaj bardzo bliski jest mi koncept Petera Wohllebena z książki Sekretne życie drzew, mówiący o tym, że drzewa w ekosystemie mają własne korzenie, a jednocześnie są połączone z innymi, wspierają się, wymieniają informacjami i energią.
Tak właśnie widzę swoje miejsce: jestem nowym drzewem, ale moje korzenie w jakimś stopniu nadal czerpią z rodzinnego ekosystemu. Tylko już selektywnie.
W biznesie takie działania nazywa się pionierstwem albo disruptive thinking. W życiu prywatnym często mówi się na to bunt. Dla mnie był to moment, w którym powiedziałam dość. Dość powielania schematów, które mi nie służyły. Za mną wiele lat terapii, rozwoju, warsztatów, coachingu, mentoringu i długiej drogi wracania do samej siebie. W pewnym momencie zrozumiałam, że mogę przestać pobierać wzorce rodowe, które mnie obciążają, i stworzyć własne.
Nie każdy ma gotowość, aby stać się nowym drzewem. Nie każdy jest gotowy żyć po swojemu, wyrzucić z życia niektóre osoby – na zawsze albo na jakiś czas – nauczyć się nowych relacji, nowych granic i nowego sposobu bycia. Wielu ludzi nawet nie wie, że tak można. Że można przestać robić, myśleć i zachowywać się według klanowego scenariusza, który powoduje ból, strach, napięcie i dezintegrację.
Moim nowym drzewem, którego jestem pniem, jest moja rodzina – ja i trójka moich dzieci. Mogę korzystać z tego, co dostałam z korzeni, ale tylko z tych elementów, które mnie wzmacniają i pozwalają rosnąć w zupełnie inną stronę, w innym tempie i w zgodzie ze sobą.
Można stworzyć nowy ród na własnych zasadach.
To nie jest proste.
To wymaga odwagi posiadania życia naprawdę swojego.
To, co robię od lat, pracując z ludźmi nad Mapami Marzeń, Mapami Celów, Planów, Działań i Mapami Życia, sprowadza się do jednego podstawowego pytania: co mi robi dobrze, a co mi robi źle? I w którym miejscu mojego życia trwam tylko dlatego, że „tak się robi”, „tak trzeba” albo „tak było zawsze”.
Nadszedł czas, żeby zadbać o siebie. O swoje „ja”. O zdrowie psychiczne, fizyczne i psychosomatyczne. Żeby w końcu zacząć oddychać. A tlen – jak wiemy – zawsze podajemy najpierw sobie.
Pytanie brzmi tylko: czy masz odwagę być nowym drzewem w swoim rodzie?