Karina Sęp

O mnie

Karina Sęp Autorka

Nazywam się Karina Sęp i bez wątpienia wiem jak zrobić bardzo dobrą, skuteczną i działającą Mapę Marzeń. Dziś już potrafię to powiedzieć na głos, chociaż jeszcze kilka lat temu prawie uciekłam ze swojego pierwszego wykładu na ten temat. Wiem bez wątpliwości, że każdy może kształtować swoje życie, tak jak chce, sięgać po swoje marzenia, realizować cele, plany i chcenia. Jeżeli nie dziś, od razu, to powoli, małymi krokami. Zawsze jednak pomocne mu będzie narzędzie, jakie stworzyłam. Zwyczajne, proste, poukładane, porządkujące świat i nas samych. Plastyczne i dopasowujące się do każdego, kto chce, aby lepiej, wygodniej i bardziej komfortowo mu się żyło. Pozwalające realizować swoje cele, plany i marzenia skuteczniej i żyć z większą satysfakcją z tego kim się jest i co się robi. 

A to, kim ja jestem, chyba najlepiej oddaje fragment z mojej najnowszej książki „Orgazm na szczycie”.

Przez ostatnie naście lat uczyłam się siebie od nowa. Poznawałam, kim jestem, jaka jestem, czego chcę a czego nie. Wiem, co akceptuję, a czego już nigdy nie zaakceptuję. Co, jest dla mnie dobre, a co zdecydowanie mi szkodzi. Z jakimi ludźmi chcę obcować a jakich już nie dopuszczę do siebie, bo nie robią mi dobrze.

Nad wieloma rzeczami nadal pracuję, ale już wiem, co znaczy moje JA. I daję sobie prawo do podzielenia się z wami tym, czego się nauczyłam – moimi umiejętnościami, wiedzą i doświadczeniem. Dzielę się też wiedzą i doświadczeniem, które dostaję od każdego, z kim pracuję, komu pomagam porządkować swoje światy i życia.

Jestem Kobietą. Przez wiele lat nie dawałam sobie jednak prawa do bycia Kobietą przez duże „K”. Byłam Człowiekiem, Kumplem, Pracownikiem, Matką, Żoną, ale z Kobietą… trudno mi szło. W młodości czułam się, w jakiś sposób, gorsza, brzydka, nieatrakcyjna, niespełniona i niepełna. Nie nauczyłam się, co znaczy być fajną i ładną dziewczyną, a później kobietą. Nikt mnie tego nie nauczył i nikt mnie tym poczuciem nie obdarował.

W życiu jest tak, że jeżeli ktoś nas czegoś nie nauczy, nie pokaże nam albo nam tego nie da, to nie będziemy tego mieli. A jeżeli nam na czymś zależy i potrzebujemy tego, to trzeba to sobie samemu zorganizować, przyswoić i pozwolić, żeby w nas urosło.

Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Od jakiegoś czasu jestem w trakcie procesu akceptacji siebie jako Kobiety. Wciąż jeszcze jednak nie umiem poradzić sobie z procesem starzenia się i przemijania. A to też element bycia Kobietą. Wchodzę w okres menopauzy. Zmienia się moja twarz, ulegając nieuchronnej sile grawitacji. Na dodatek rano wstaję z odgniecionym śladem poduszki, który zostaje aż do wieczora, a wcześniej znikał po dziesięciu minutach! Zmienia się moje ciało – jego kształt, jędrność. Metabolizm spowalnia i tyje się nawet od powietrza. Kiedyś, gdy się pilnowałam, diety przynosiły spektakularne wręcz rezultaty. Dziś walczę o każde sto gramów. Bez większych efektów. Na dodatek już o godzinie siedemnastej nie mam na nic energii. Może jeszcze powinnam zrobić pełny obiad, ale chrzanię to – nie mam siły, więc „zjedzą makaron”. Teraz już, kiedy jako trener i mentor, rozmawiam z kobietami, które przychodzą do mnie po pomoc, padając ze zmęczenia, znacznie lepiej je rozumiem.

Jestem też Matką. Wielodzietną. Trójkę, dorastających obecnie, nastolatków wychowywałam i wychowuję głównie samodzielnie. To wielkie wyzwanie. Kiedyś tak o tym nie myślałam. Pewnie dlatego, że miałam więcej sił i energii. To doświadczenie pozwala mi rozumieć inne matki, które do mnie przychodzą. Kiedy mówią o swoich dzieciach, przemyśleniach, doświadczeniach, okolicznościach i rodzicielskim polu walki – wiem, o czym mówią.

Jestem Partnerką. Doświadczyłam bycia Żoną. Doświadczyłam bycia Kochanką. Wiem, jak to jest być zakochaną i kochaną, zauroczoną, uwielbianą i wynoszoną na piedestał. Lubianą, akceptowaną i traktowaną z uważnością. Ale wiem także, jak to jest być opuszczoną, porzuconą i odrzuconą. Zostawioną, zdradzoną i ogromnie samotną. Wysłuchałam i przerobiłam setki kobiecych żyć i wiem, jak działają pewne schematy. Wiem także, że tak naprawdę, tych schematów… nie ma, bo każdy przypadek jest inny i niepowtarzalny. Taka wielość doświadczeń pozwala mi lepiej zrozumieć, z czym i po co ludzie do mnie przychodzą. Pozwala mi też otwarcie i ze zrozumieniem oraz wielką empatią ich wysłuchać, a potem towarzyszyć im w odnajdywaniu najlepszych dla nich rozwiązań, czy podejmowaniu najbardziej służących im decyzji. Bo taka uważna obecność to czasami wszystko, co potrzebne do dokonania, często przełomowych, odkryć na własny temat. Nierzadko powiedzenie czegoś drugiej osobie na głos i – jednocześnie – w ten sposób samemu sobie. Jest kluczowym momentem w życiu. Momentem, który zmienia wszystko. Na zawsze.

Jestem tzw. Bizneswoman. Od bardzo wielu lat pracuję dla międzynarodowej korporacji, w wielokulturowym środowisku. Mam doświadczenie jako menedżerka i partner biznesowy. Mam też doświadczenie we współpracy z top menedżerami i pracownikami szeregowymi. W związku z tym daję sobie prawo do bycia partnerem także w rozmowach biznesowych, a nie tylko tych o życiu prywatnym. Umiem pomóc we wprowadzaniu ładu i szeroko rozumianego porządku w wasze życia zawodowe. Za waszą zgodą i na waszą prośbę oczywiście. Wiem, na czym polega wielomiesięczna praca nad projektem. Wiem, na czym polega ślęczenie nad dokumentacją. Wiem też, na czym polega spędzanie czasu na lunchach i „dobijanie targu” podczas kolacji. Zwykle to miłe, inspirujące, twórcze i ciekawe. Rozwija i wnosi nowe wartości. Czasami jednak bywa też trudne, nużące i wtedy robi się dobrą minę do złej gry. Mój były mąż nazywał tę cześć mojej pracy w bardzo lekceważący sposób, mówiąc, że ja tylko „szlajam się” po knajpach i lunchach. W moim przekonaniu zrozumienie tego, co dzieje się podczas takich spotkań, jest niezmiernie istotne dla wielu kobiet, które przychodzą do mnie po porady i konsultacje.

Jestem Przyjaciółką, Koleżanką, Znajomą. Mam grono zaufanych, bliskich mi ludzi, z którymi znam się lata całe. Wiem, że mogę na nich polegać a oni na mnie. Jestem tym szczęśliwym człowiekiem, który ma przyjaciół i przyjaciółki, a każde z nas, w razie potrzeby, stawi się natychmiast na wezwanie. To wartość bezcenna.

Gdzieś, po drodze, jestem Córką i Siostrą, chociaż akurat te role nie są bardzo obecne w moim życiu. Jeżeli ktoś był na moich wykładach, to wie, że symbolicznie zasadziłam „nowe drzewo rodowe”. Wzięłam na siebie bardzo trudną rolę jego pielęgnowania i dbania o to, żeby się przyjęło i zdrowo rosło. Jak zwykle pionierka i „niezgodna”, zbuntowałam się przeciw klanowi. Historia może warta opowiedzenia, bo wiele osób, które ją ode mnie słyszały, utożsamia się z tym konceptem i pyta: „To tak można?”. Wszystko można – to wasze życie, drzewo i rodzina.

Bert Hellinger, niemiecki psychoterapeuta i twórca ustawień rodzinnych, stworzył metodę porządkowania zagmatwanych i porwanych więzów rodzinnych, nadając im właściwy charakter. Jak się o tym słyszy albo czyta, to zarówno koncepcja jak i jej stosowanie wyglądają niczym szamańskie obrzędy o wysoce podejrzanej strukturze. Ja, jako osoba sceptyczna i urodzona realistka, ile razy uczestniczę w ustawieniach – tyle razy zdumiona jestem siłą hellingerowskiego „wiedzącego pola”. Zainteresowanych tematem odsyłam do literatury, a najlepiej – dajcie się ustawić po hellingerowsku. Niemal magiczne i z zupełnie innego wymiaru życia doświadczenie. Zgodnie z teorią Berta Hellingera nie możemy się „wypisać z rodziny”. 

 

Za nami są pokolenia i korzenie, z których wyrośliśmy. I to wszystko bardzo cudownie, tylko że… ja nie chce być już w tym klanie! Tworzę nowe drzewo. Jak nowa siewka. Zasadziłam swoje i zaczęłam „nowy ród”. Na innych zasadach, z innymi wartościami, zachowaniami, sposobem myślenia i innymi wzajemnymi relacjami. Doceniając jednak to, co dostałam z domu i ceniąc siłę związków rodzinnych – dołożyłam do hellingerowskiego systemu rodzinnego, zaczerpnięty z książki Petera Wohllbena „Sekretne życie drzew”1, koncept o współdziałaniu drzew. Mówi on o tym, że każde drzewo zapuszcza swoje własne korzenie, ale w ekosystemie łączy się z innymi. W ten sposób drzewa wspomagają się nawzajem, troszczą się o siebie i wymieniają się informacjami. Tak więc jestem nowym drzewem, choć moje korzenie w jakiś sposób czerpią z rodzinnego ekosystemu.

Jestem też Trenerką i Autorką Książek, Doradcą, Konsultantem i Mentorem. W ten sposób realizuję swoją potrzebę dzielenia się ze światem tym, co wiem, umiem i czego doświadczam oraz przetwarzam na swój własny sposób. Zachęcana i namawiana przez innych, abym dzieliła się swoją wiedzą w jakiś uporządkowany sposób, zaczęłam prowadzić wykłady i pisać książki. Okazało się, że to jest fajne zajęcie a ja lubię to robić. I że w ten sposób też się spełniam. Pewna dziewczyna, która do mnie przyszła po pomoc, nazwała mnie mentatem. To członek kasty mentatów, postać z książki Franka Herberta „Diuna”2. Słowo to powstało z połączenia wyrazów mentor, mentee oraz mentation. Chodzi o człowieka obdarzonego specyficznymi zdolnościami umysłowymi i niezwykłymi umiejętnościami logicznego myślenia. Człowieka potrafiącego dokonywać szybkiej analizy danych i precyzyjnie wyciągającego wnioski oraz mającego nad wyraz trafne skojarzenia. W moim przypadku sprowadza się to do umiejętności analizowania, kojarzenia i porządkowania danych, informacji i fragmentów, które składają się na obraz ludzkiego życia.

Lubię też nazywać siebie współczesną Szamanką. Tak się właśnie czuję. Ktoś mi coś mówi, o coś pyta, a ja… po prostu wiem. To dar. A może talent…? Do wprowadzania ładu i porządku w życiu, do widzenia rzeczy, których inni nie widzą i nie czują. Nie zliczę, ile razy usłyszałam podczas sesji, konsultacji czy wykładów pytanie: „Skąd ty to wiesz?”. Nie wiem, skąd. Po prostu wiem. Wiem i już. To efekt będący wypadkową mojego  życia i moich doświadczeń. Przeczytanych książek, przeżytych sytuacji, wysłuchanych ludzi i odczutych emocji. Godzin własnej terapii i sesji coachingowych. To życie po prostu. Więc wiem. A jak nie wiem, to robię wszystko, co tylko możliwe, żeby się dowiedzieć. I połączyć wszystkie kropki, które stworzą w efekcie jasny i czytelny obraz czyjegoś życia.

Ku mojemu zdumieniu jestem też jednocześnie Małą Dziewczynką i Nastolatką, bo wciąż, na drodze mojego rozwoju, nie uporałam się z wieloma trudnymi, porzuconymi i nierozwiązanymi sprawami z tamtego, wczesnego okresu życia. Od czasu do czasu „odpalają” one we mnie, jak niewybuchy, w postaci zachowań, myśli czy emocji dziecka, które ciągle tkwi we mnie. Kiedy przyznaję się do tego głośno, to czuję, że jestem prawdziwsza i bardziej autentyczna. To może być ważne podczas czytania tej książki – wiedzieć, że ta Bizneswoman i Autorka Książek, jak mnie ludzie postrzegają, ma w sobie czasami także przestraszoną Małą Dziewczynkę. I że kiedy tak się czuje, to najchętniej nakryłaby się kocem, spod którego potem długo bałaby się wyjść. Teraz już potrafię mówić o tym głośno. I prosić o pomoc, jeśli trzeba. I uważam, że warto się tego nauczyć.

Dla mnie ważne jest, że jestem na takim etapie życia, na którym mogę i potrafię się przyznać, że czegoś nie umiem zrobić, czegoś nie wiem czy że coś mnie przeraża tak bardzo, że aż paraliżuje. Tak bardzo, że – dosłownie – nie mogę oddychać. Zdarza mi się być w strachu, w zagubieniu i w poszukiwaniu. Mam swoje własne potwory i demony. Wielu rzeczy jeszcze nie umiem i nie wiem. Zaakceptowałam też, że pewnych rzeczy już się nie nauczę i nie dowiem. I to jest w porządku. Jeśli jesteście lub wchodzicie w drugą połowę życia, dajcie sobie wreszcie prawo do tego, żeby było po waszemu. Już nastaraliście się, żeby zadowolić innych i spełnić ich marzenia. Teraz niech będzie tak, jak wy chcecie. Ja żyję i działam, czasami w przedziwny i niezrozumiały dla innych sposób. Robię tak, bo tak mi pasuje, tak mi jest wygodnie, tak jest dobrze. I niech się inni ode mnie odczepią! Bo to jest MOJE ŻYCIE.

Tekst pochodzi z książki “Orgazm na szczycie”, do kupienia w sklepie internetowym https://karinasep.com/

KUP TERAZ

na karinasep.com

Ta książka zrobi Wam dobrze,
bo świadomość siebie robi dobrze.