Myślisz czasem o swoich marzeniach erotycznych? O tym, co chciałabyś poczuć, czego doświadczyć, co mogłoby się wydarzyć w sypialni, a może w zupełnie innych okolicznościach — w samochodzie, w lesie, na plaży, w windzie albo w miejscach, którym dopiero wspólnie nadacie znaczenie. A może masz w sobie zupełnie inny plan: być grzeczną dziewczynką do końca życia i nigdy nie sprawdzić, co tak naprawdę nieśmiało pojawia się w twojej głowie i w twoim ciele.
Co nas powstrzymuje przed sięganiem po własne pragnienia? Wstyd, standardy społeczne, przekonanie, że „nie wypada”, lęk przed tym, co powiedzą inni. Tylko że warto zadać sobie pytanie, co inni właściwie mają do powiedzenia w kwestii twoich erotycznych marzeń. A może bardziej chodzi o to, co ty sama o sobie pomyślisz, jeśli pozwolisz sobie pomyśleć, wypowiedzieć na głos swoje pragnienia albo nawet sięgnąć po książkę na ten temat.
Wiele lat temu napisałam książkę Orgazm na szczycie. Tytuł Miał być lekki, przewrotny i oparty na grze słów. Tymczasem okazało się, że ludzie bali się ją kupować, bo ktoś mógłby zobaczyć okładkę z dużym napisem „orgazm”. To doświadczenie bardzo wyraźnie pokazało mi, jak bardzo wciąż jesteśmy pruderyjni i jak wiele wstydu oraz lęku wciąż otacza tematy związane z ciałem, przyjemnością i seksualnością.
Tymczasem prawda jest dość prosta: jeśli nie wypowiesz tego na głos, jeśli nie przyznasz się sama przed sobą, czego chcesz, jeśli nie zastanowisz się, co sprawia ci przyjemność i nie spróbujesz tego choćby nazwać, to zwyczajnie się to nie wydarzy. Sztuką nie są fajerwerki ani spektakularne scenariusze, lecz umiejętność przyznania się przed sobą do własnych potrzeb i, jeśli to możliwe, powiedzenia o nich partnerowi lub partnerce.
Jest taka przypowieść o dwojgu osiemdziesięcioletnich ludzi, którzy siedzą razem przy śniadaniu. On, jak od lat, podaje jej piętkę chleba. Ona nagle rozpłakuje się i mówi, że zawsze dostaje to, co najgorsze. On jest zdumiony, bo od wielu lat był przekonany, że codziennie się poświęca, oddając jej to, co najlepsze — swoją ulubioną część chleba. To nie jest historia o złej woli, lecz o braku rozmowy i sprawdzenia, co naprawdę lubi druga osoba.
Zamiast zgadywać i trwać w domysłach, warto zapytać. Zamiast chować się za wstydem, lepiej spróbować nazwać swoje potrzeby. Zbliżają się walentynki i wtedy często pojawiają się prezenty: bielizna, drobne gadżety, symboliczne zaproszenia do czegoś nowego. To także komunikat, czasem bardzo prosty: „chciałbym cię w tym zobaczyć”, „chciałbym spróbować czegoś razem”. Niekoniecznie chodzi o wielkie rewolucje, lecz o drobne zmiany, takie jak zgoda na nową formę bliskości, wspólny wypad do sex shopu, noc w hotelu za miastem, wspólna kąpiel, masaż ciepłym olejkiem, zabawa zmysłami, inspiracja filmem albo po prostu stworzenie innej atmosfery w sypialni.
Nie zawsze potrzebne są fajerwerki. Zawsze potrzebna jest ciekawość, otwartość i życzliwość wobec siebie samej. Trzeba pamiętać, że „kiedyś” nie nadejdzie samo. Jeśli nie zaprosisz go do swojego życia, po prostu się nie wydarzy. Nic nie zrobi się za ciebie.
Dlatego warto zacząć od siebie: pomyśleć, co lubisz, czego chcesz, czego chciałabyś doświadczyć i co jest dla ciebie dobre. Twoje pragnienia nie są ani grzeczne, ani grzeszne. Są po prostu twoje.